W tej chwili siedzę na ławce na Victoria Coach Station w Londynie. Jest to kolejny, nie wiem już który raz, kiedy czekam tu na autobus do Southampton po powrocie z Polski. Nie zostało mi już wiele takich podróży - może jedna, może dwie. Potem będą już tylko wspomnieniem z prawie czteroletniego pobytu tutaj.
Wracam właśnie z pogrzebu cioci Basi z Warszawy. Bardzo smutno, kiedy ktoś umiera. Cieszę się jednak, że pojechałem. Spotkania rodzinne najczęściej kończą się pozytywnie, bez względu na okoliczności. Tak było i tym razem.
Warszawa wyjątkowo mi się wczoraj podobała. Zazwyczaj wydaje mi się brzydka, jest jakimś dziwnym połączeniem socrealizmu z opacznie zrozumianą nowoczesnością. Ludzie, których się tam spotyka często sprawiają wrażenie bardzo świadomych tego, że mieszkają w stolicy – i uważających to za swój niezmierny sukces, którego wszyscy powinniśmy im zazdrościć. Swoją “wyższość” dają odczuć “obcym”, co byłoby dość śmieszne gdyby nie było irytujące. Ale tym razem bylem zajęty swoimi sprawami, nie bardzo obchodzili mnie inni, a miasto było bardzo zielone. Wywarło to na mnie bardzo pozytywne wrażenie. W Warszawie jest mnóstwo drzew i kiedy wszystkie pokryte są liśćmi, miasto wygląda całkiem ładnie.
Przed pogrzebem udałem się do fryzjera – był na to najwyższy czas, bo ostatnio pracuję bardzo dużo i trochę zaniedbałem zewnętrzną stronę mojej głowy. Obcinał mnie bardzo miły chłopak, który jak na prawdziwego fryzjera przystało oprócz zajęcia się moją głową zabawiał mnie rozmową. Pochodził z jakiejś podwarszawskiej wsi i najwyraźniej budził zażenowanie lub politowanie wśród swoich kolegów fryzjerów tym co do mnie mówił (kolejny dowód na specyficzne podejście do ludzi przejawiane przez Warszawiaków). Podczas naszej rozmowy ów fryzjer popełnił dwa “krępujące” uczynki, które z dziwnego powodu uchodzą u nas za bardzo wielką towarzyską wpadkę. Po pierwsze, chcąc zapisać dla mnie na kartce papieru instrukcje dotarcia na miejsce pogrzebu, ośmielił się zapytać publicznie swojej szefowej jak piszę się słowo Służewiec. Odpowiedziała, ale jej komunikacja niewerbalna a także quasi-werbalna (pełne oburzenia westchnienie) dała wyraźnie do zrozumienia mi oraz pytającemu, co sądzi o takim pytaniu. Drugą rzeczą, którą mój fryzjer wywołał uśmieszki na twarzach swych kolegów było to, że w rozmowie ze mną pomylił miasto Dublin z miastem Dubaj. Było to w zasadzie jedynie przejęzyczenie, poprawił się po sekundzie zgodnie z oczekiwaną przez wszystkich dokoła skruchą w głosie, ale było już za późno: publicznie wyszła na jaw jego “ignorancja”.
Bardzo drażni mnie oburzenie i prychania, jakie tego typu “wpadki” wywołują u świadków takiego zdarzenia. Przecież nie ma nic złego w zapytaniu jak napisać słowo – nawet najprostsze! Osoba, która odpowiada na takie pytanie może zrobić to zwyczajnie, bez żadnych dodatkowych komunikatów werbalnych i niewerbalnych, które zresztą same w sobie są bardzo niegrzeczne. Podobnie jest z wiedzą geograficzną. Oburzamy się, kiedy Amerykanie nie bardzo wiedzą gdzie na mapie jest Polska. Ale czy rzeczywiście każdy z nas jest w stanie wymienić choć kilka stanów Ameryki i powiedzieć gdzie się znajdują, czym się charakteryzują? To, że ktoś pyta jakie miasto jest stolicą jakiegoś państwa nie oznacza, że nie jest osobą godną naszego towarzystwa. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo ograniczamy samych siebie takim podejściem. W rezultacie atmosfera u nas panuje taka, jakby każdy wiedział wszystko. Ponieważ boimy się dopytywać o to czego nie wiemy, pozbawiamy się najnaturalniejszego źródła wiedzy, jakim jest otwarta i szczera rozmowa z innymi. Powinniśmy mieć zdecydowanie więcej luzu.
Ilość komentarzy: 0