Saturday, 28 stycznia 2012 (fbsd)

Kontakt | Home | English

Inkscape HTML CSS Gimp Linux Inkscape

Wesele

Kajaki Piła

Linux-notatki
Cisco-notatki

CMS - budowanie stron internetowych

Freeaplus.com - filmiki o komputerach

Strona Piotra Skurczaka

CCNA Certified
Valid XHTML 1.0 Transitional
Valid CSS!

Blog

Witam wszystkich na moim blogu. Jeśli chcielibyście dodać komentarz do któregoś z wpisów, proszę kliknąć na jego tytuł. Wtedy na samym dole artykułu pojawi się formularz. Zapraszam też do Archiwum, gdzie oprócz bieżących, znajdują się także starsze wpisy.

Klarnet

Ostatnio szukałem inspiracji co do muzyki na nasz ślub. Nie znalazłem jeszcze nic konkretnego, ale w natknąłem się na kilka interesujących rzeczy. Najbardziej spodobało mi się to:

A oto jeszcze link do strony tego samego pana: Linsey Pollak. Mi osobiście najbardziej podoba się brzmienie Mrs Curly.

Wpisu dokonał Szymon, dnia: Thu, 16 Jul 2009

Opóźnienie

Ostatnio, zdaje się że we wtorek, przeczytałem w internecie, że papież Benedykt XVI od czwartku będzie miał konto na Facebooku. Uśmiechnąłem się do siebie i pomyślałem, że Watykan musi mieć strasznie kiepskie połączenie z internetem, skoro dwa dni trwa wyrobienie konta na portalu społecznościowym.

Oczywiście, w przypadku papieża w grę wchodzą inne uwarunkowania. Szybkość internetu na pewno w Watykanie jest taka sama jak gdzie indziej. Wiem, że pomocnicy papieża zakładający jego konto (a możne sam Benedykt?) musieli się upewnić, że konto będzie bezpieczne, że nie będzie dało się go komentować w obraźliwy sposób ani inaczej nadużywać. I to jest zrozumiale. Choć przez chwilkę zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie papieża jak siedzi, naciska przycisk “wyślij formularz”, a następnie cierpliwie czeka, czeka, czeka…

Wielkie było moje zdziwienie, kiedy kilka dni później, zdaje się w poniedziałek, próbowałem uzyskać skrócony odpis aktu urodzenia w urzędzie stanu cywilnego w Oleśnie. Oto moja historia:

Na pierwszy rzut oka, strona internetowa urzędu gminy w Oleśnie nie wydawała się najgorsza. Postanowiłem wiec ją wypróbować i wysłać email do urzędu stanu cywilnego. Skorzystałem z umieszczonego na stronie generalnego adresu email. Następnie zadzwoniłem do urzędu stanu cywilnego aby sprawdzić, czy mój email został otrzymany. I co usłyszałem? Że wprawdzie pani z USC dostanie listy ze skrzynki elektronicznej na którą wysłałem mój email, ale dopiero we czwartek… Poradzono mi wysłać fax.

Wysnułem z tego zdarzenia dwa wnioski, które na pewno bardzo przydadzą mi się po powrocie do Polski:

  • Fax jest szybszy niż poczta elektroniczna.
  • Polski urząd nawet jeśli ma dostęp do technologii, zawsze będzie jej używał w sposób karykaturalny.

Trochę się zdenerwowałem, ale potem stwierdziłem, że nie ma sensu się złościć. Będę się po prostu musiał do tego przyzwyczaić.

Wpisu dokonał Szymon, dnia: Tue, 26 May 2009

Kto pyta, nie błądzi

W tej chwili siedzę na ławce na Victoria Coach Station w Londynie. Jest to kolejny, nie wiem już który raz, kiedy czekam tu na autobus do Southampton po powrocie z Polski. Nie zostało mi już wiele takich podróży - może jedna, może dwie. Potem będą już tylko wspomnieniem z prawie czteroletniego pobytu tutaj.

Wracam właśnie z pogrzebu cioci Basi z Warszawy. Bardzo smutno, kiedy ktoś umiera. Cieszę się jednak, że pojechałem. Spotkania rodzinne najczęściej kończą się pozytywnie, bez względu na okoliczności. Tak było i tym razem.

Warszawa wyjątkowo mi się wczoraj podobała. Zazwyczaj wydaje mi się brzydka, jest jakimś dziwnym połączeniem socrealizmu z opacznie zrozumianą nowoczesnością. Ludzie, których się tam spotyka często sprawiają wrażenie bardzo świadomych tego, że mieszkają w stolicy – i uważających to za swój niezmierny sukces, którego wszyscy powinniśmy im zazdrościć. Swoją “wyższość” dają odczuć “obcym”, co byłoby dość śmieszne gdyby nie było irytujące. Ale tym razem bylem zajęty swoimi sprawami, nie bardzo obchodzili mnie inni, a miasto było bardzo zielone. Wywarło to na mnie bardzo pozytywne wrażenie. W Warszawie jest mnóstwo drzew i kiedy wszystkie pokryte są liśćmi, miasto wygląda całkiem ładnie.

Przed pogrzebem udałem się do fryzjera – był na to najwyższy czas, bo ostatnio pracuję bardzo dużo i trochę zaniedbałem zewnętrzną stronę mojej głowy. Obcinał mnie bardzo miły chłopak, który jak na prawdziwego fryzjera przystało oprócz zajęcia się moją głową zabawiał mnie rozmową. Pochodził z jakiejś podwarszawskiej wsi i najwyraźniej budził zażenowanie lub politowanie wśród swoich kolegów fryzjerów tym co do mnie mówił (kolejny dowód na specyficzne podejście do ludzi przejawiane przez Warszawiaków). Podczas naszej rozmowy ów fryzjer popełnił dwa “krępujące” uczynki, które z dziwnego powodu uchodzą u nas za bardzo wielką towarzyską wpadkę. Po pierwsze, chcąc zapisać dla mnie na kartce papieru instrukcje dotarcia na miejsce pogrzebu, ośmielił się zapytać publicznie swojej szefowej jak piszę się słowo Służewiec. Odpowiedziała, ale jej komunikacja niewerbalna a także quasi-werbalna (pełne oburzenia westchnienie) dała wyraźnie do zrozumienia mi oraz pytającemu, co sądzi o takim pytaniu. Drugą rzeczą, którą mój fryzjer wywołał uśmieszki na twarzach swych kolegów było to, że w rozmowie ze mną pomylił miasto Dublin z miastem Dubaj. Było to w zasadzie jedynie przejęzyczenie, poprawił się po sekundzie zgodnie z oczekiwaną przez wszystkich dokoła skruchą w głosie, ale było już za późno: publicznie wyszła na jaw jego “ignorancja”.

Bardzo drażni mnie oburzenie i prychania, jakie tego typu “wpadki” wywołują u świadków takiego zdarzenia. Przecież nie ma nic złego w zapytaniu jak napisać słowo – nawet najprostsze! Osoba, która odpowiada na takie pytanie może zrobić to zwyczajnie, bez żadnych dodatkowych komunikatów werbalnych i niewerbalnych, które zresztą same w sobie są bardzo niegrzeczne. Podobnie jest z wiedzą geograficzną. Oburzamy się, kiedy Amerykanie nie bardzo wiedzą gdzie na mapie jest Polska. Ale czy rzeczywiście każdy z nas jest w stanie wymienić choć kilka stanów Ameryki i powiedzieć gdzie się znajdują, czym się charakteryzują? To, że ktoś pyta jakie miasto jest stolicą jakiegoś państwa nie oznacza, że nie jest osobą godną naszego towarzystwa. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo ograniczamy samych siebie takim podejściem. W rezultacie atmosfera u nas panuje taka, jakby każdy wiedział wszystko. Ponieważ boimy się dopytywać o to czego nie wiemy, pozbawiamy się najnaturalniejszego źródła wiedzy, jakim jest otwarta i szczera rozmowa z innymi. Powinniśmy mieć zdecydowanie więcej luzu.

Wpisu dokonał Szymon, dnia: Wed, 13 May 2009

W pracy

Jestem w pracy, mija kolejna godzina, nie dzieje się zbyt wiele. Żeby zabić nudę, postanowiłem coś napisać. Piszę ręcznie, ale później przepiszę wszystko na komputerze i być może umieszczę na blogu. Siedzę w ogrodzie jednego z jednopiętrowych bungalowów w Southampton. Nad głową latają samoloty – podchodzą do lądowania, niedaleko jest lotnisko.

W Southampton mieszka około 200 tysięcy osób, ale chyba niedługo będzie znacznie więcej, bo co 10 minut ląduje sporej wielkości samolot. Niektóre z nich to nawet odrzutowce. Obok mnie siedzi T., 12 letni chłopiec z autyzmem. Bawi się kamyczkami, które znalazł w ogrodzie i jest najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Jedną z rzeczy, której można się nauczyć od ludzi, z którymi teraz pracuję to NORMALNOŚĆ. Niestety, w naszej kulturze ciągle nazywa się ludzi upośledzonych “nienormalnymi” (kiedyś mówiło się na nich “opętani” i paliło się ich na stosie, więc być może jest to pewien postęp). Powtarza się słowo “nienormalny” z lubością, tak jakby nazwanie kogoś “nienormalnym” utwierdzało mówiącego w poczuciu własnej “normalności”. Co w tym złego? Ano to, że gdybyśmy chcieli kogoś obrazić, jednym z epitetów którymi bardzo szybko byśmy to osiągnęli byłby właśnie “nienormalny”. Dziwi mnie bardzo fakt, że zdrowi i świadomi ludzie czerpią przyjemność z obrażania najbardziej bezbronnych i niewinnych przedstawicieli ludzkości.

Dlaczego uważam, że od małego T. uczę się normalności? Bo jego reakcje na impulsy ze świata zewnętrznego nie są w żaden sposób skrępowane. T. żyje tu i teraz, nie istnieje dla niego nic innego. Nie planuje jutra, cieszy się tym co ma dzisiaj. T. nie nakłada maski. Kiedy się boi – boi się naprawdę, kiedy się cieszy – jest to stuprocentowa radość, kiedy jest zły – lepiej uważać. I – jeśli ktoś ma wątpliwości – są to uczucia człowieka zniewolonego przez ograniczenia własnego ciała, ale w stu procentach normalnego. Większość z nas tak bardzo przyzwyczajona jest do nakładania różnych gąb, że uważamy ten stan za normalny. Ale bardzo często od normalności bardzo się oddalamy. I może dlatego niektórym z nas tak wielką przyjemność sprawia nazwanie innych “nienormalnymi”?

Wpisu dokonał Szymon, dnia: Mon, 4 May 2009

Wszystkie wpisy

Ilość komentarzy: 3

  1. Komentarze:
  2. Genialnie! Dodalem do ulubionych :) Pozdro

    M.Hamela Tue, 26 May 2009

  3. BRAVO! Świetne przerzutnie i parabole, każde oddzielne zdanie nominowałbym do Oscara. Pewnie tryki i krytycy literaccy będą wareczeć, ale tak bywa.

    Teddy Sat, 16 May 2009

  4. Witajcie! Oto nowa wersja mojego bloga. Wyglada podobnie do wersji starej, ale wiele rzeczy od strony "kuchni" sie zmienilo. Teraz praca nad kolejnymi wpisami jest 100 razy latwiejsza! Zapraszam do czytania, przegladania i komentowania. Pozdrawiam

    Szymon Jasinski Tue, 28 Apr 2009